czwartek, 19 sierpnia 2010

Nowe i stare pomniki

Dzisiaj miało być o Picassie i początkach jego romansu z kubizmem, wspólnych rozmowach z Braque'iem, podczas których krystalizował się nowy styl, uznawany przez wielu za "nowe otwarcie" w dziejach sztuki europejskiej. Ale z dość prozaicznego faktu nie będzie posta na ten temat. Jak wiadomo Francuzi mają dość rygorystyczne prawo autorskie, a mi nie udało się znaleźć pozbawionej tych praw zdigitalizowanej wersji mało znanego płótna "Aktu ze wzniesionymi rękoma" z 1907 r. (ob. Musee Picasso w Paryżu), o którym miała być mowa. Ten obraz miał stać się przykładem tego, że jednak hiszpański artysta inspirował się w tym okresie nie tylko sztuką afrykańską, ale czerpał także z wcześniejszej tradycji artystycznej. Nawiązania bowiem w tej pracy do starszego prawie o wiek (ok. 1821 r.) malowidła Pierre'a-Paula Proud'hona są oczywiste: podobna tonacja, gra kolorów, kompozycja, ba nawet rozmiary, jak w "Miłości zrywającej więzi z Ziemią"... No, ale gdybym użył takiej ilustracji przypuszczam, że już po kwadransie od umieszczenia posta siedziałbym z łapkami skutymi kajdankami i musiał korzystać do blogowania z innych posiadanych przeze mnie członków.

Padło więc na coś, co zbulwersowało opinię publiczną nie tylko we Francji, ale znalazło się także w polskich gazetach. W Montpellier - francuskiej "jaskini lewactwa" przypominającej niekiedy włoskie Livorno czy Bolonię - stanąć mają pomniki znanych osobistości. Już stoi ich pięć i co roku przybywać będzie taka ich liczba (jak skrzętnie podliczyli przeciwnicy pomysłu każdy kosztuje 200 tys. euro). Idea chlubna, gdyby nie to, że pierwsza piątka składa się z Jauresa, Churchilla, Roosevelta, de Gaulle'a i Lenina. Zwłaszcza ten ostatni budzi sprzeciw, chociaż i zastrzelony przez Raoula Vilaina założyciel "L'Humanite" jest nie w smak innym niż lewica opcjom politycznym. Co gorsza prezydent Langwedocji-Roussillon szykuje za rok postawić obok nich Mao, a nie wyklucza także Stalina.

Mam więc nadzieję, że moja przyjaciółka Dorota, która ostatnie kilka miesięcy spędziła w Hamburgu tworząc ciekawę pracę na temat współczesnego ikonoklazmu, jakim było niszczenie pomników komunistycznych od 1989 r. wybaczy mi tego posta, częściowo wchodzącego w jej dziedzinę. Okazuje się bowiem, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem - powrotu postaci, o których historia wypowiedziała się niekiedy jednoznacznie negatywnie, a mimo to ich obecność w życiu publicznym jest żarliwie forsowana. Co więcej wbrew stanowisku wielu mieszkańców, którzy nie wątpią, że Lenin czy Mao zmienili dzieje świata, ale nie uważają tego za zmiany na lepsze...

Warto przypomnieć, jak poprzez symboliczne gesty burzenia wykonanych z różnorakich materiałów Leninów, Stalinów i Marksów ludność jednoczyła się przeciwko odchodzącemu ustrojowi. Na przełomie lat 40. i 50. w geście "wiernopoddaństwa" nazwy miejscowości zmieniano na komunistyczną modłę. Polskie katowice stały się Stalinogrodem, nadmorska bułgarska Warna Stalingradem, a NRD-owskie Chemnitz (znane dziś obecnie przede wszystkim jako miejsce urodzin Franka Rosta z Hamburgera SV) - Karl-Marx-Stadtem. Nie dziwi więc, że gdy tylko nadarzyła się okazja obalenia komunistycznego symbolu, skrzętnie z tego korzystano. Katalizatorem były wydarzenia z 1956 r. na budapesztańskim Placu Bohaterów. Dawny symbol dominacji Habsburgów w monarchii (pomnik Franciszka Józefa) zastąpiono po II wojnie pomnikiem Stalina, a po nieudanym powstaniu - Leninem. O tym, że był to chybiony pomysł pomnik radzieckiego generalissimusa przekonał się już na samym początku antykomunistycznej rewolucji.

1956_hungarians_stalin_head 1956_hungarians_stalin_head2

W naszych czasach mogliśmy się ostatnio "załapać" na "sponton", jaki urządzili Amerykanie w Bagdadzie, gdy obalano pomnik Saddama Husajna. Urokliwe zdjęcia spadającego dyktatora i tłuczenia większych kawałków młotkami przypomniały o moralnym celu ataku na Irak. Nam zaś przypomniały pustego w środku Dzierżyńskiego z centrum Warszawy i obalane pomniki innych "świętych" ateistycznego z założenia ustroju. W Warszawie 16 listopada 1989 r. okazało się, że pomnik "krwawego Feliksa" był taki sam, jak trwający 45 lat ustrój - sprawiał wrażenie solidnego, ale poza nadbudową brakowało bazy... Mieszkańcy stolicy wzięli to sobie do serca, a niektórzy nawet kawałki do ręki na pamiątkę. Wielokrotnie zniesławiany (jeśli w przypadku pomnika w ogóle można o tym mówić) przez obrzucanie farbą wreszcie opuścił dostojne miejsce na obecnym placu Bankowym.

Wydarzenia z tego dnia można obejrzeć na filmiku z archiwum TVP na stronie: http://www.tvp.info/magazyn/kartka-z-kalendarza/zelazny-feliks-runal/zelazny-feliks-runal

Podobne odczucia co do osoby Stalina miały miejsce w Pradze. Czesi, Słowacy i Morawianie, wciąż świadomi tego, że ich próba wydostania się zza "żelaznej kurtyny" skończyła się w 1968 r. najazdem "zaprzyjaźnionych państw" nie omieszkali pokazać, iż czasy kultu jednostki i jedynej słusznej partii dawno minęły. Mieli jednak to szczęście, że największy na świecie pomnik Stalina wysadzony został w powietrze już w 1962 r., lecz wciąż pozostał trudny do zagospodarowania masywny cokół. Radziecki wódz na tle uśmiechniętej kołchoźniczy, żołnierza, robotnika i Miczurina - takich potworków było w tym czasie więcej i stawiano je w każdym państwie. Problem w tym, że praski "potworek" miał 37 metrów wysokości i 22 metry długości. Dobrze więc, że po autodafe Nikity Chruszczowa zabrano się za jego zniszczenie. Z cokoła zaś obecnie zrobiono podstawę dla gigantycznego metronomu, który też nie grzeszy walorami wizualnymi.

PomnikStalina-Praga2Najładniej prezentuje się więc pomnik, który rodził spory w Berlinie. Ustawiony przez Pałacem Republiki (pierwsze słowo mieszkańcy NRD zmieniali chętnie na "Balast der Republik", mając na uwadze horreondalne rozmiary i koszty inwestycji) przedstawia siedzącego na ławeczce Marksa i stojącego obok Engelsa. Wreszcie mogli się dłużej ze sobą poprzebywać zamiast wymieniać ze sobą setki tomów i listów, drukowanych po cenzorskiej obróbce w opasłych seriach kilkudziesięciu tomów w każdym kraju demoludów. Jean Baudrillard powiedział kiedyś, że w jego ocenie cała sztuka czasów komunizmu nie może zostać uznana za sztukę. Trochę trudno się z tym zgodzić, widząc dokonania wielu artystów środkowej i wschodniej Europy po 1945 r. i sądzę, że więcej w tym politycznego przekonania niż namysłu artystycznego. Ale faktem jest, że jeśli już wybierać jakiś pomnik socrealistyczny, który jest w miarę urokliwy i jak to mawia obecnie młodzież "sweetaśny", to chyba należałoby wskazać wspomniany postument z Marx-Engels-Forum. Faceci wydają się pozbawieni tej sztucznej nieco otoczki, jaka była w przypadku Lenina, Stalina czy Dzierżyńskiego, a niewielki cokół powoduje, że sprawiają wrażenie bliższych ludziom i ich problemom.

Marx_Engels_Denkmal_Berlin O dziwo ten pomnik przetrwał do dziś, prawdopodobnie z racji swojego specyficznego charakteru. Parę miesięcy temu przeniesiono go w okolice mostu Karola Liebknechta w związku z budową kolejnej stacji berlińskiego metra. Podobnie uczyniono też ostatnio w Gori, gdzie w czerwcu pomnik znanego mieszkańca (kiedyś w trakcie rozmowy pewien Gruzin, gdy tematyka zeszla na znanych ludzi z tego państwa bardzo się obruszył: "Stalin wcale nie był Gruzinem! On był Osetyńcem") przeniesiono z honorowego miejsca vis-a-vis ratusza do muzeum w innym miejscu miasta. Do niedawna wyglądało to tak:

gori-stalin Doświadczenia z terenów dawnych państw komunistycznych i socjalistycznych świadczą o tym, że ludzie często nie utożsamiają się z tym, co ponad ich głowami próbuje czynić władza. Ma to miejsce w różnych sferach, także narzucanej odgórnie ikonografii. Być może powinien to mieć na uwadze prezydent południowofrancuskiego departamentu, który che stworzyć coś na kształt mauzoleum osób, o których pamiętać należy, ale nie wysławiać. Już teraz na Facebooku i innych portalach społecznościowych lokalni mieszkańcy i działacze partyjni zbierają się do akcji zniszczenia pomników. Jako historyk sztuki i prawnik jestem przeciwko niszczeniu czegokolwiek i szczerze mówiąc uważam, że lepiej czegoś nie stawiać niż zapewniać temu krótkotrwały żywot. Jak widać jednak w ferworze politycznej walki ciężko niektórym ostudzić gorące głowy.