wtorek, 10 sierpnia 2010

Słodkie szkraby Rubensa

Jeśli ktoś zastanawiał się nad tym, czy można zostać magistrem historii sztuki nie potrafiąc odróżnić obrazów Rubensa od Rembrandta, to jestem tego żywym przykładem. Co prawda więcej w tym było dobrze zaaranżowanej ściemy i celowego “strzelania” w nie tego malarza, który wydawał się bardziej prawdopodobny, ale przynajmniej w mojej ocenie późne orazy Rembrandta mają wiele cech wspólnych z wizją dzieła, uskutecznianą niecałe pół wieku wcześniej przez znanego Flamanda. Ale nadal mam wątpliwości nawet w przypadku dość znanych dzieł, kto był ich autorem… Tak to bywa, gdy jeden artysta tworzy gigantyczny, jak na ówczesne warunki warsztat tworzący prace, w których udział mistrza jest niekiedy symboliczny. No bo jak inaczej wyjaśnić tak wielką ilość Rubensów, Rembrandtów czy nawet Cranachów o znacznym spektrum jakości. Notabene nawet mój kumpel, który ma niezbyt wielką wiedzę na temat historii sztuki, z łatwością doszedł do tego, że w przypadku tych artystów ciężko to nawet nazwać warsztatem, a raczej dobrze prosperującym przedsiębiorstwem budującym swoją markę. Pozostaje tylko żałować, że w tej tezie nie tak dawno ubiegła go Swietłana Alpers pisząc jedną ze swoich bardziej znanych publikacji o Rembrandtcie (“Rembrandt’s Enterprise: The Studio and the Market”, 1988).

Ale wracając do jakości. Do dziś powoduje to nie lada wątpliwości wśród historyków. O ile każde muzeum chciałoby się pochwalić swoim Rembrandtem, Poussinem czy Michałem Aniołem, to jednak wiele z tych prac stanowi często pod względem poziomu artystycznego “popłuczyny” po najlepszych dziełach. I potem słyszy się wśród niektórych zwiedzających jęk zawodu, że spodziewali się czegoś dużo wybitniejszego. No, ale post miał być o dzieciach i o Rubensie. Na ten temat, jak wiadomo, wylano morze atramentu. Facet kochał swoje szkraby (łącznie miał ich osiem z obu małżeństw) i być może w ten sposób starał się okazać im swoją miłość. Do tego stopnia badacze dali się temu zwieść, że rzadko zwraca się uwagę na to, że inni ówcześni artyści czynili podobnie.

W berlińskiej Gemäldegalerie wisi dziełko podpisane jako warsztat Petera Paula Rubensa przedstawiające czwórkę dzieci na pikniku pod drzewem. Jak to powszechnie czyniono w okresie nowożytnym taka chwila wypoczynku nie mogła być samodzielnym tematem pracy – trzeba ją było ubrać w “kostium” mitologiczny lub biblijny, osadzić w czasie i przestrzeni. Stąd też podpis może zaskakiwać niektórych czytających, iż mają przed oczyma “Chrystusa ze św. Janem i aniołami”.

Christ-and-St.-John-with-Angels 

Od razu widać, że takie ujęcie tematu jest dużo rzadsze niż “zwyczajne” przedstawienia Chrystusa i jego świętego kuzyna. Bez Matki Boskiej, Elżbiety… Załapał się tylko baranek, dzięki ktoremu poinstruowany podpisem widz jest w stanie z łatwością odróżnić Jana. Samo zaś ujęcie jednej męskiej dominującej postaci jest typowe dla europejskiego malarstwa, o czym przy okazji pisałem w poprzednim poście. To on, siedzący na czerwonym płaszczu mały chłopiec teraz bawi się z przyjaciółmi (jeden jest skrzydlaty), ale religijna otoczka powoduje, że już za młodu tworzy się bolesna historia, której doświadczy na krzyżu. Temu zapewne ma służyć podstawiana mu pod usta kiść winogron. Co więcej w przypadku Jezusa kiść tę podaje mu dziewczynka, a to już budzi pewne interpretacyjne wątpliwości. W jej przypadku bycie aniołem nie zostało tak wyraziście zarysowane, jak w przypadku dziecka po lewej stronie. Przyznam się, że kiedy przyglądałem się temu obrazowi z bliska, to nie mogłem dostrzec żadnych elementów, które wskazywałyby na to, że nie jest to zwykła dziewczyna. Ale przecież w malarstwie nowożytnym nie ma postaci przypadkowych – każda ma coś znaczyć i chyba jedynymi elementami dekoracyjnymi są pieski biegające po trotuarach renesansowych malowideł (chociaż i w tym wypadku niektóre oznaczać mogą ostrych jak brzytwa krytyków…). Rozwiązanie tego problemu jest właściwie tylko jedno – skoro na obrazie nie mamy rudowłosego aniołka, a Jezus zdaje się nie miał krewnych kobiet w swoim wieku, to malarz przedstawił młodą Marię Magdalenę. Podawana przez nią kiść winogron stanowić więc powinna zapowiedź męczeństwa, ale jest też typowym gestem z obrazów różnorodnych triumfów bóstw i ich uczt. I pomyśleć, że w niketórych publikacjach obraz figuruje jako “Jezus Chrystus z kuzynami”. Można by rzec – skrzydlata rodzinka, skoro całe dwie osoby to aniołowie… Połączenie Jezusa i Bachusa w quasi-frywolnym obrazku religinym z małymi dziećmi. Na to odważyć mógł się tylko wybitny artysta.

I tutaj pojawia się suspens, bo okazuje się, że obraz nie jest Rubensa. Jako taki egzystuje w angielskojęzycznej literaturze i jako takiego trzeba go było szukać w sieci, by umieścić na blogu. Niby podobieństwa są uderzające – Jezus podobny jest do Filipa, najstarszego syna Petera Paula (tego od “Chłopca z ptaszkiem” – tylko bez skojarzeń! to miało oznaczać ulotność życia, szybki bieg czasu, i “Głowy dziecka” z ok. 1619 r.). Bujne, jasne loki na berlińskim obrazie konstrastują wyraźnie z rudymi, bardziej zmierzwionymi puklami pozostałych postaci. Widać więc, że artysta chciał pokazać dziecko takie, jakim jest, rudy kolor standardowo zostawiając dla ludności żydowskiej (aż dziwne, że aniołek też załapał się na ten kolor). Piknik staje się więc kolejnym wydarzeniem, kiedy znającemu swój los przyszłemu Zbawicielowi zamiast spędzać czas z przyjaciółmi pozostaje kontemplować zbliżającą się Mękę. Trochę mu współczuję takiego dzieciństwa…

Czyja jest więc ta praca? Podpowiedzią może być to, że inna wersja niniejszego obrazu do zobaczenia jest w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Ich analiza prowadzi do tego, że nie sposób nie zgodzić się z atrybucją, jaką kilkanaście lat temu przyjęła nieżyjąca już Hella Robels, wielka znawczyni Rubensa i jego warsztatu. W 1989 r. publikując swoją pracę o Fransie Snydersie zmieniła nieco sposób patrzenia na tego artystę. Dotychczas znany był jako “jeden z wielu” holenderskich i flamandzkich malarzy, którzy zarabiali na życie martwymi naturami oraz scenkami rodzajowymi i w sumie do dziś przetrwało o nim takie przekonanie. Tymczasem przed oczyma odbiorców jawi się obraz, który w niczym nie odbiega jakości tym, które powstawały w warsztacie Rubensa. Aniołki i dzieci są równie pulchne i niewinne, a rudowłosa dziewczyneczka nadaje pracy specyficznego, jeszcze lżejszego, charakteru. Skąd zatem nagle u Snydersa taka fascynacja dziećmi, że stworzył malowidło łączące tematykę religijną z przedstawieniami kilkuletnich pociech? Być może zainspirował się właśnie Rubensem, którego zbierał (miał kilkanaście obrazów) i którego był przez pewien czas uczniem. Świadomy tego, że artysta malujący dla Marii Medycejskiej czy rodu Habsburgów przewyższa go o klasę i słusznie z tego powodu zbiera laury w całej Europie od Rzymu, przez Madryt, Paryż i Antwerpię, starał się go naśladować i z porównywalną czułością w tym obrazie przedstawić dzieci. I trzeba przyznać, że bardzo mu się dobrze to udało, skoro przez tyle wieków obraz figurował jako praca Rubensa. To zaś rzuca światło na to, jak ciężko odróżnić właściwy styl Rubensa od tego, jak malowali jego współpracownicy i uczniowie. Zwłaszcza, że w końcu Rubensowi przypisuje się prawie 2000 dzieł…

Po raz kolejny też niniejszy obraz udowadnia tezę, że autorzy angielskojęzyczni rzadko zwracają uwagę na teksty powstające w innych językach. A szkoda, bo analizując słodkie dzieci, jakie uwielbiał malować Rubens i umieszczać je jako aniołki czy putta nie należy zapominać o tym, że nie był jedynym ojcem, który w ten sposób wyrażał swoje uczucia. Oprócz Snydersa przecież podobnie czynił wspomniany na wstępie Rembrandt, który pod koniec życia, schorowany, biedny i opuszczony przez wielu, przeżył osobistą tragedię – śmierć syna, Tytusa.