niedziela, 8 sierpnia 2010

O męskiej dominacji w obrazach Davida, Ingresa i Delacroix

Padło na francuskie malarstwo początków XIX w. jako temat pierwszego merytorycznego posta. W sumie niezbyt się z tego cieszę, bo średnio za tą sztuką przepadam, mimo że jest dość ciekawa i świetna technicznie. O tych trzech malarzach pisze się zazwyczaj ukazując zmiany, jakie zachodziły w sztuce neoklasycyzmu i romantyzmu. Dwaj pierwsi – mniej lub bardziej wyrodni synowie Akademii (David nawet ją na pewien czas zamknął, Ingres swoją wizję malarstwa akademickiego próbował ucieleśniać narzucając styl swojej twórczości), Delacroix zaś dużo bardziej “szkicowy”, bardziej nastawiony na żywiołowość finalnego wyrazu dzieła niż majestatyczność postaci. Krytykowany wraz z innymi malarzami swego pokolenia (jak Gericault) zdobył jednak pośmiertną chwałę w oczach następnych pokoleń. To one bowiem przyznały jednak rację wizji świata Mickiewicza, Novalisa, Schuberta czy Hugo niż pokoleniu o kilkadziesiąt lat wcześniejszemu…

Niedawno w trakcie robienia porządków i segregowaniu mniej przydatnych już książek przypomniały mi się lekcje plastyki w podstawówce. Duże, żółte, cienkie książeczki (format A4) starały się wyjaśnić nam na czym polegała różnica między neoklasycyzmem i romantyzmem. Ten pierwszy ucieleśniony był przez Davida – sztuka uzyskała dzięki niemu związek z historią i światem współczesnym, miała stać się zaangażowana, a on sam ze świadka stał się wyrazicielem epoki. Świata rewolucji i kontestacji zastanego ładu społecznego, potem cesarstwa, które chciało zdominować całą Europę. A to wszystko ładnie i prostym językiem napisane przy dużych obrazkach z “Przysięgą Horacjuszy” i “Koronacją Napoleona”. Z kolei Ingres był drugim opisanym przedstawicielem tego stylu – wyrażał dorobek Akademii i nacisk na to, czemu sprzeciwiać będą się potem romantycy i impresjoniści. I wreszcie stojący przeciwko nim na odmiennej pozycji, wręcz nie pozwalającej na jakikolwiek konsensus, Delacroix i Gericault. “Brązowe” obrazki, widać, że bardziej aktywne… O tym, jak bardzo Ingres był odmienny od Delacroix napisano już tyle publikacji, że nie tylko nie da się tego zliczyć na palcach jednej ręki, ale mogłoby wręcz zabraknąć rąk studentów historii. Na szczęście zależności między nimi są dostrzegane (vide: W. Suchocki, Trop zbiegłych bogów…).

Ten post będzie o czymś innym. O tym, jak wielcy artyści pod płaszczykiem naprawdę wybitnych umiejętności stworzyli arcydzieła łączące pozbawiony głębi erotyzm, lekką mizoginię z fantastycznym “płaszczykiem” sztuki wysokiej. Na początek David – ten, który świadomy swojego talentu chciał zmieniać przez swoją sztukę świat, by wreszcie jako persona non grata odbierać listy pochwalne od arystokratów i swoich byłych uczniów (Gros). Nie udał mu się romans z “historią”… Rozumiany obecnie przede wszystkim jako autor przemian politycznych i społecznych we Francji najpierw miał być demokratą (albo chociaż republikaninem ;-)), potem egalitarystą, wreszcie wedrzeć się do ścisłego grona współpracowników Marata, wylądować w więzieniu po kolejnej zmianie władzy i wreszcie zyskać poparcie Dyrektoriatu wystawiając “Porwanie Sabinek”. Kolejna władza też potrzebowała artystów. I to dobrych! Apoteozy Napoleona, wyłączność na namalowanie koronacji na cesarza i parę innych mocno propagandowych dzieł spowodowało, że gdy Burbonowie doszli do władzy Francja nie bardzo chciała przyznać się do swojego największego artysty. To tam powstało dzieło, które warte jest naszej uwagi.

Jacques-Louis_David_-_Mars_desarme_par_Venus

“Mars pozbawiony oręża przez Wenus i Muzy”. Rok 1824 – malowane 5 lat płótno i wielokrotnie zmieniana kompozycja ma ukazać, że David nadal nie ma sobie równych. Wystawione w Brukseli staje się szybko sławne, a w XIX-wiecznej literaturze bardzo często wymieniane jest jednym tchem wśród innych jego arcydzieł. To dopiero w XX w. badacze położyli dużo większy nacisk na Davida jako “piewcę epoki i przypisali konkretnym dziełom “progresywną” wymowę. Malarz pokazał scenę, w której prawie naga bogini miłości uprawia nachalną grę wstępną ze swoim kochankiem. Ten wydaje się niewzruszony na jej zaloty, chociaż otwarta postawa wskazuje na to, że chętnie zacisnąłby więzi z kobietą na pierwszym planie. Ona zaś kładąc rękę na jego prawym udzie i nadając mu wieniec z białymi kwiatami (od razu wiadomo za jaki wyczyn!) prowokuje także widza do tej miłosnej gry. Ciekawe, czy podobne pragnienie, by wpaść w ramiona ukazanej bogini miłości mieli bruskelscy starcy, dla których szpitala miały iść pieniądze z biletów za oglądanie obrazu…

Tym, co łączy trzech wspomnianych artystów jest fakt nie tylko tworzenia quasi-erotycznych scen, w których mężczyzna swoją niezwruszoną postawą dominuje nad kobietą spragnioną miłości (a może chociaż męskiej uwagi), ale wręcz podobny sposób ukazania tychże mężczyzn. Rozsiedli się wygodnie, wsparli o oparcia krzeseł, ba, nawet mają ten sam kolor włosów, brodę i co najmniej półnagie muskularne torsy. Aż strach pomyśleć, czy czasem David, Ingres i Delacroix nie inspirowali się tym samym mężczyzną, a jeśli tak, to dlaczego?

IngresJupiterAndThetis

Na początku było słowo… A dokładnie pomimo wielkich pragnień, coś czego Jowisz nie chciał powiedzieć w obrazie Ingresa z 1811 r. “Jupiter i Tetyda” (ciekawe czemu w akademiach utarł się zwyczaj, by przedstawione bóstwa nazywać w wersji rzymskiej, a nie oryginalnej) to przetworzenie tego, co Ingresowi dało znaczną sławę – wykorzystania Napoleona jako tronującego władcy niczym z ikonografii chrześcijańskiej i mitologicznej. A zarazem kolejny dowód na to, że ukazując nagą kobietę w towarzystwie niezbyt aktywnego mężczyzny można zyskać sympatię odbiorców na Salonie. I choć o ile dobrze pamiętam greckie podania, to Zeus zabiegał o uczucie przyszłej matki Achillesa, a nie odwrotnie. Tu półnaga Nereida całkowicie zależna jest od króla Olimpu, a swoim dość dziwnym ruchem (wręcz nieprzystającym do dostojności Jowisza) stara się zwrócić na siebie jego uwagę. A jest na co, co widz zapewne “kątem oka” dostrzega w górnej partii jej ciała. Cóż, czyżby po raz kolejny wybitny malarz starał się przekonać odbiorcę, jak niepodatni na miłosne uniesienia i pierwotne żądze są mężczyźni? Jeśli tak, to jako facet mogę powiedzieć, że jest to dość wątpliwa teza…

20100618215750!Eugène_Delacroix_-_La_Mort_de_Sardanapale

Ok, takie rzeczy można wybaczyć mającym już swoje lata Davidowi i Ingresowi, gdy tworzyli te dzieła. Kryzys wieku średniego, urocze modelki przechadzające się po pracowni, by udawać postaci alegoryczne itp. Ale żeby młody artysta pod płaszczykiem ilustrowania popularnej wówczas historyjki o okrutnym władcy ukazywał nagą młodą kobietę i nie został posądzonym o niemoralność? To jest możliwe chyba tylko wtedy, gdy ma wielki talent, a (a)moralna publiczność nie jest gotowa się przyznać, że nie patrzy na nią, lecz przeżywa cierpienia sprzed kilkudziesięciu wieków. Tak jak potrafiła przeżywać ból zjadających się nawzajem ludzi na “Tratwie Meduzy” Gericault czy innych obrazach przedstawiających sceny krwawe, brutalne i przyciągające uwagę. Sardanapal świetnie nadawał się do takiego połączenia quasi-erotyki ze sposobem ukazania mężczyzny, któremu inni są podlegli. Pomijając fakt, że nigdy nie istniał, ale czy kiedyś to było problemem dla artystów (vide: Osjan), przedstawiany był w literaturze jako tyran i lubieżnik. Władca Asyrii świadomy powolnego upadku swojego państwa postanowił wybrać “bohaterską” śmierć – zginąć zabity przez płomienie podpalonego przez siebie pałacu wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami. Delacroix wykorzystał to więc w dość bezczelny sposób – umieszczając zabijaną przez oddanego żołnierza odaliskę na pierwszym planie tak, by odbiorca mógł ją sobie spokojnie kontemplować. To musiało przykuć uwagę w Salonie, gdzie obrazy wisiały jeden obok drugiego i konkurencja była znaczna. Także inna półnaga niewiasta w tym słynnym malowidle z 1827 r. jest jakby następczynią wyżej wymienionych Wenus i Tetydy. Bezwolna leży na łożu swojego pana, który czerpie sadystyczną radość ze śmierci tych, które dotychczas żyły tylko dla dostarczania mu przyjemności. To musiało poruszyć dość purytańskie serduszka widzów, a w przypadku mężczyzn możliwe, że nie tylko serca.

Mnie osobiście w tych obrazach najbardziej dziwi jeden fakt. Niby mamy mężczyznę i kobiety mu poddane. Jego siłą jest rzadka (moim zdaniem) wśród facetów umiejętność niepoddawania się kobiecym wdziękom. I właśnie to czyni te obrazy takimi dziwnymi. Wydają się one mieć jeden cel – w podobny sposób jak w sztuce nowożytnej liczne dzieła z Hiacyntami czy wcale niebroniącymi się przez pohańbieniem Europami bądź Danae miały za zadanie schlebiać gustom władców i możnych, tutaj to odbiorca salonowy zostaje skonfrontowany z takim malarstwem. Przychodzi podziwiać wysoką sztukę (także w przypadku Davida, gdzie przecież taki był cel prezentacji jego płótna), a dostaje odzianą w mitologię i historię erotykę. Ciekawe, czy gdyby pomiędzy ukazanymi postaciami była zaznaczona jakaś “chemia” obrazy wywołałyby oskarżenia o naruszenie moralności? Np. podniosłyby się głosy, że ów mężczyzna ucieleśniający jakąś tam postawę staje się bezwolnym narzędziem w rękach urokliwych kobiet… Artyści nie mogli się na to zgodzić, ale mogli to wykorzystać. A że potrafili dzięki świetnemu warsztatowi, to każdy z powyższych obrazów zapisał się w annałach historii sztuki.