wtorek, 14 grudnia 2010

Golden Gate i jego upadek

Ponoć San Francisco to wspaniałe miasto. Całkiem przyjazny klimat jak na Kalifornię (nie za gorąco, ale i nie za zimno), old-schoolowy transport miejski w formie tramwajów przypominających lizbońskie, wreszcie symbol myśli technicznej minionego wieku, jakim rzadko które miasto na świecie może się pochwalić. Golden Gate czyli czerwone Złote Wrota, otwarty w 1937 r., jest obiektem rozpoznawalnym na całym świecie. Z niego zaś maluje się widok na cała Zatokę św. Franciszka. Nie ważne jakie warunki pogodowe - czy mgła, która powoduje, że nie widać drugiej strony mostu lub niektórych przęseł, czy noc, gdy obiekt ten jarzy się tysiącami świateł, wrażenie jest piorunujące. Mnie osobiście ciekawi zaś co czują kierowcy, gdy prawie 2-kilometrowy obiekt kołysze się pod wpływem wiatru czy trzęsienia ziemi. Nas jednak bardziej interesuje most jako symbol współczesności i jego upadek, będący wyrazistym przejawem końca pewnej epoki i rozpoczęcia kolejnej. Do tego moim zdaniem odwołał się Barnaby Furnas, jeden z amerykańskich artystów młodego pokolenia (urodził się w 1971 r.).

barnaby furnas - dead red i 2005

Przedstawiony obok obraz "Dead Red I" (2005) tego artysty (obecnie wiszący w Anthony Meier Fine Arts) przedstawia widok miasta zniszczonego, pozbawionego najbardziej dominującego nad miastem symbolu ludzkiej potęgi i technologii. Czerwona łamana linia pogranicza sztuki realistycznej i odautorskiego pociągnięcia pędzlem jawi się jako ściągające uwagę widza centrum kompozycyjne. Obecność tej linii między jasnoniebieskim tłem (niebem) a czerwienią ziemi i wody wskazuje na dopełniające się dzieło zniszczenia. Most przestaje być symbolem świata, jaki znamy, lecz jego końca na równi ze zburzonymi wieżowcami, porastających w pewnej mierze roślinami jak w "Planecie małp" czy "Mad Maxie". Krwista zaś zatoka przypomina "Plagę" ("The Reaping" z 2007 r.) z Hillary Swank w roli głównej, acz (niestety) nie tytułowej. Obraz Furnasa jest starszy o kilka lat od tego ostatniego filmu, ale odwołuje się do tej same apokaliptycznej czy wręcz postapokaliptycznej wizji świata, obecnej od wielu dekad w amerykańskiej kulturze masowej.

Praca Furnasa to też pewnego rodzaju studium obecności artysty w dziele. Na ile może on sobie pozwolić na wyrażenie własnej wolności twórczej, gestu, wręcz "chlapnięcia" farbą na płótno, by nadać tej pracy ponadczasowy charakter, a nie tylko wyraz własnych przeżyć. Starcie poczucia bycia artystą (i własnej wartości) z tematem spędza sen z powiek twórcom od początku wykształcenia się czegoś takiego jak sztuka. To, jak podchodzi do tego Furnas może się wydać pasjonujące, ale osobiście mnie ciekawi coś zupełnie innego - czemu artysta urodzony w Filadelfii, który prawie całe życie spędził na Wschodnim Wybrzeżu, zabrał się właśnie za Golden Gate jako sedno podejmowanego przez siebie problemu. By to zrozumieć trzeba się choć chwilę zastanowić, jakim cudem Złoty Most stał się dla Amerykanów takim symbolem ich potęgi i obecności w świecie jak Kapitol czy Zapora Hoovera.

Golden Gate w porannej mgle

Każde z oceanicznych wybrzeży USA ma swój symbol techniki budowniczej - dla wschodniego Most Brooklyński to apogeum umiejętności inżynieryjnych przełomu XIX i XX w. Zachodnie rozwijało się nieco później od Megalopis BosWashu, gdzie na obszarze wielkości prawie połowy Polski mieszka 45 milionów ludzi. Południowokalifornijski konurbacja nie pozostała jednak dłużna bogatszemu Wschodowi. To tam w centrum finansowym i ludnościowym "siódmej gospodarki świata", najszybciej rozwijającej się strukturze miejskiej Stanów poza Las Vegas, 27,5 mln ludzi przyczynia się zużycia większej ilości paliwa niż całe Indie. Nie dziwi więc, że most stał się takim samym symbolem jakim jest błogosławiący Jezus dla Rio de Janeiro czy Petronas Towers dla Kuala Lumpur. Obiekt przekraczający granice technologii, ukazujący utopijną rzeczywistość wiązaną z rozwojem nauk ścisłych góruja nad miastem, jest jedną z jego głównych dominant kompozycyjnych. Utopia jest zaś tym, co jest charakterystyczne dla ludzkiego postrzegania przyszłości. Komunistyczna wizja świata, który sam siebie nie chciał zwać utopijnym i implikował te tezy ruchom socjalistycznym i bardziej zachowawczym, głosiła że tylko dzięki "naukowości" możliwa jest kreacja nowego człowieka. Podobne pragnienia mili Joachim z Fiore, który zapowiadał tysiącletnie panowanie Ducha Świętego od ok. 1260 r., opierając się na Apokalipsie. W swoje ręce sprawę wzięli wizję Cola di Rienzo i Girolamo Savonarola, co jak wiadomo dla obu skończyło się tragicznie. Dlatego utopia stała się w czasach najbliższych czymś na pograniczu przemiany społecznej i politycznej. Antyutopia zaś jak słynny "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxleya (1931) czy "Mięso" Martina Harnicka (1981) pokazuje nam zaś, że próba tworzenia raju na Ziemi skazana jest na niepowodzenie. Żeby załapać się na raj, trzeba najpierw dokonać żywota na tym padole. Jak mawia moja kumpela "nie można zjeść ciastko i mieć ciastko"...

Wąski materializm, jakim straszą antyutopiści w swoich książkach, to właśnie to, co mogło zainspirować Furnasa. Prostota symbolu, który ulega zniszczeniu, staje się swoim odbiciem w krzywym zwierciadle niczym świat do jakiego udała się Alicja w książce Lewisa Carrolla czy Dorotka z ukochanym pieskiem Toto. Stąd też zniszczenie Golden Gate jawi się jako alegoria upadku cywilizacji, destrukcja nam znanego świata i jaki chcemy budować, wreszcie kryzys ludzkości. I tylko emanujące jasną żółcienią słońce nad powalonym mostem wskazuje widzowi drogę interpretacyjną, jak kruche są ludzkie problemy w porówaniu z ogromem kosmosu. Przekonuje, że zbyt często popadamy w antropocentryczny egocentryzm niepoparty żadnymi sensownymi podstawami. Czym więc mógł się inspirować Furnas tworząc taką kompozycję?

Ze zniszczeń Golden Gate, które najbardziej zapisały się w kulturze masowej, wymienić należy scenę z autobusem pełnym dzieciaków w pierwszym "Supermanie". Spowodowane przez Lexa Luthora zatopienie całej Kalifornii poprzez gigantyczne trzęsienie ziemi (no i oczywiście śmierć Lois Lane) spowodwały, że przebrany w pelerynę Clark Kent zaprzedał się swej głównej zasadzie i cofnął czas poruszając się szybciej od światła po wokółziemskiej orbicie. Ale nie jest to jedyny film, gdzie dostało się mostowi z San Francisco... Artysta na pewno nie inspirował się "wędrującym" mostem, który siłą Magneto przeniesiony został z Zatoki, by połączyć miasto z Alcatraz w trzeciej części "X-menów" (2006). Sam ten obiekt zagrał też w jednym ze "Star Treków" i "Zabójczym widoku" z Rogerem Moore'em jako Bondem. Ale chyba najbardziej zbliżona do obrazu Furnasa wizja zniszczenia Golden Gate, to zapomniany już (ze względu na beznadziejną fabułę), ale wówczas przełomowy film "Dziesięć i pół" (2004) o katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Kalifornii (fragment z mostem - link). Co prawda po klapie tego rodzaju "widowiska" Hollywood na jakiś czas dało sobie spokój z wielkobudżetowymi filmami na ten temat (teraz tylko mechy i srebrni surferzy powodują zniszczenie...), ale zawarta w tym filmie wizja odpowiada temu, co widzimy u Furnasa.

Oczywiście na tyle dobrego dzieła jak praca tego artysty nie sposób redukować jedynie do malarskiego wyobrażenia trzęsienia ziemi z szalenie komercyjnego i niezbyt udanego filmu z Kim Delaney w roli głównej (niestety pokuszono się dwa lata później o kontynuację, w którym ten sam kataklizm miał doprowadzić do zniszczenia całego kontynentu...). Z drugiej strony cieszyć się trzeba, że malarz nie zainspirował się podobnym katastroficznym filmem z 1955 r., kiedy to amerykańska wersja Godzilli czyli gigantyczna radioaktywna ośmiornica (z sześciowa mackami, co dość nietypowe jak na te mięczaki) atakuje metropolię i demoluje przy okazji most. Albo z także kultowej rok późniejszej "Inwazji porywaczy ciał", którzy postanawiają poznęcać się nad miastem emitując przeraźliwe dźwięki. A może po prostu ta czerwona łamana linia jest czerwoną linią dzielącą dwa światy - jeden na pozór rzeczywisty ze słoneczkiem i bezchmurnym niebem oraz drugi pełen przelanej krwi... Skoro tak, to Furnasowi bliżej byłoby do monochromów i sztuki lat 50. i 60., konstrukcji krajobrazów jednego koloru, które uzależniają swoją graficznością i bogactwem odcieni. Takie jednak wyjaśnienie nie oddaje pełni głębi prac tego malarza - w bardzo podobnej wizualnie "Powodzi (Morzu Czerwonym)" z 2006 r. także w sposób bardzo skomplikowany korzysta on z biblijnej alegorii. Przeszłość staje się przyszłością i zatraceniem w tym, co przyciąga widza do prawie 7-metrowego płótna. Tylko z jaką przeszłością jako punktem odniesienia się mamy do czynienia w "Dead Red"?