sobota, 8 stycznia 2011

Memling symbolem miejskiej tożsamości

Polskie muzea mają w sumie niewiele dzieł sztuki, które zagraniczny turysta powinien zobaczyć. A już właściwie na palcach jednej ręki policzyć można te, które jakoś bardziej wybijają się na tle tego, co pomimo zniszczeń oglądać możemy we Włoszech, Francji czy Niemczech. Ot, zdaje się, że tylko trzy Rembrandty (dwa w Zamku Królewskim w Warszawie i jeden w Muzeum Czartoryskich w Krakowie i to też niezbyt typowe, jak na twórczość tego artysty), “Dama z gronostajem” Leonarda (też Muzeum Czartoryskich) oraz “Szachy” Sofonisby Anguissoli (Muzeum Narodowe w Poznaniu) – obraz nie tyle wybitny artystycznie, co namalowany przez kobietę, a przez to powielony w dziesiątkach książęk pisanych przez feministyczne historyczki sztuki. Swojego czasu nawet rozbawiła mnie okładka włoskiej książki, którą widziałem w księgarni muzeum w Padwie, gdzie to nie jakaś włoska praca da Vinciego, ale właśnie krakowska kobietka z gryzoniem stanowiło tło pierwszej strony. Do tego szacowna grona nie sposób nie dołączyć gdańskiego malowidła, które wisi obecnie w Muzeum Narodowym, zaś jego kopia w kaplicy s. Rajnolda w kościele mariackim. Mowa oczywiście o “Sądzie Ostatecznym” Memlinga, który obrósł legendą ze względu na swoje skomplikowane dzieje i prawną wątpliwość co do własności gdańszczan.

memling - tryptyk sądu ostatecznego (otwarty)

Tryptyk ten, którego otwarte skrzydła widać na obrazku obok, to jedno z pierwszych większych dzieł Hansa Memlinga i bodajże najbardziej rozpoznawalne na świecie. W sumie nie w tym nic dziwnego, dla średniowiecznych artystów sceny takie jak wizja Sądu Ostatecznego były niejako “summą” czasów, stąd setki postaci, masa szczegółów i bardzo skomplikowana kompozycja. Jak wiadomo obraz ten przeznaczony był dla rodziny Tanich, która zajmowała się finansami banku Medyceuszy w Brugii. To oni zlecili lokalnemu artyście wykonanie pracy i planowali wysłać ją do Badii Fiesolane, opactwa niedaleko Florencji. Tym samym zakończone w 14731 r. dzieło miało uświetnić trwającą w latach 1456-1467 renowację XI-wiecznego klasztoru. Tę historię znają wszyscy. W 1473 r. z Southhampton wysłano malowidło drogą wodną, a naprzeciw niemu stanął “piracki” statek. “Peter von Danczk”, bo tak nazywała się karaka była statkiem armatora z Bretanii. Uległa jednak uszkodzeniu, zaś jego właściciel zmarł zanim zdążył uregulować zaciągnięty u gdańszczan kredyt. Przejęli więc oni statek, zmienili jego nazwę i dali własnej flocie kaperskiej. To ona napadła na przewożących dzieło i mimo skarg Tommasa Portinaru, księcia Burgundii Karola Zuchwałego, a nawet papieża Sykstusa IV, miasto przejęło sobie to wybitne arcydzieło. Jednak największa walka o “Sąd Ostateczny” Memlinga miała dopiero nadejść. A działo się to na początku XVIII w. podczas wojny północnej.

memling - tryptyk sądu ostatecznego (zamknięty)

Tak zaś wygląda złożone dzieło, które na przełomie 1716 i 1717 r. zafascynowało Piotra Wielkiego. Za jego czasów i aż do końca 1. poł. XIX w. myślano, że jest to malowidło van Eycków, a nie mniej znanego wówczas Hansa Memlinga. Tak więc podczas walk o dominację nad Morzem Bałtyckim jeden z najwybitniejszych carów rosysjskich 29 stycznia 1717 r. przybył do Gdańska, a właściwie zatrzymał się jeszcze przed fortyfikacjami miasta. Następnie triumfalnie wjechał do centrum i zaczął zwiedzać miejscowe zabytki. Wiadomo, że lubował się w dobrej sztuce (w tym zachodniej), ale też szybko zafascynował się tym, co zobaczył w ratuszu. Za 4000 rubli nabył gabinet osobliwości, zaś August II czynił wszystko co mógł, by jak przyjemniej ugościć rosyjskiego monarchę. Po ponad miesiącu pobytu Piotr postanowił odwiedzić także kościół mariacki i oczywiście zatrzymał się przy dziele Memlinga. Jak się jednak okazało, praca ta była nie na sprzedaż i w żaden sposób nie chciano pozbywać się malowidła. Piotr Wielki zaś chciał dozbierać “van Eycka” do kolekcji, gdzie miał już późniejszych mistrzów sztuki niderlandzkiej, jak Ruysael czy Wouwermann.

Twarde podejście gdańszczan wynikało pewnie z tego, że obraz “van Eycka” obrósł już lokalną tradycją, niejako jako symbol miasta. Wybitne dzieło w jakości swej porównywalne jedynie z niektórymi pracami wczesnego manieryzmu w gdańskim ratuszu zyskało charakter kultowego. To tak, jakby próbować przekonać Florentczyków, by oddali "Dawida” dłuta Michała Anioła czy Bolończyków, że w cale na Piazza Maggiore nie jest im potrzebny Neptun (w mieście niemającym przecież dostępu do morza) wykonany przez Gianbolognę. Równie dobrze Piotr Wielki mógłby sobie zażyczyć gdańską fontannę Neptuna i czuję, że miałby większe szanse na zrealizowanie swojego pragnienia.

Piotr Wielki jak na rosyjskiego cara nie dał jednak za wygraną. Polecił księciu Wasylem Dołgorukiemu, by ten ściągnął kontrybucję w miasta. Warunki były ciężkie, ba, nawet upokarzające dla miasta, które przez cały okres nowożytności wywalczyło sobie niezależną pozycję w obrębie Rzeczypospolitej. Gdy jednak myślano, że 140 tysięcy talarów, zaniechanie stosunków handlowych ze Szwecją oraz otwarcie portu dla Rosjan będzie wystarczającym, car nieoczekiwanie wrócił do nadbałtyckiego miasta na podpisanie traktatu. Dorzucił jeszcze jedno żądanie, a mianowicie przekazanie mu “Sądu Ostatecznego” jako wyraz wdzięczności za udział w pertraktacjach. Racjowie miejscy momentalnie osłupieli, a ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia. W mieście przecież nadal stacjonowały wojska rosyjskie i w sumie mogły ograbić Gdańsk, gdyby umowy nie podpisano. Najpierw rajcy więc próbowali powiedzieć, że jest to niezgodne z tym co wynegocjonowano do 19 września. W odpowiedzi dostali z przekąsem sformułowanie księcia, że przecież luteranom nie powinno zależeć na posiadaniu obrazu. Jak widać obydwie strony miały różne argumenty. Na szczęście rozwiązano sprawę w ten sposób, że Gdańsk stał się właścicielem na tej podstawie, że “zasiedział” obraz mając go w swoim niekwestionowanym posiadaniu przez 300 lat. Co więcej nie należy on do miasta, a do kościoła, w którym wisi i w którym został poświęcony. Po takiej argumentacji wreszcie car i książę stwierdzili, że chyba nic nie wskórują i odpuścili sobie Memlinga. Ale nie oni jedyni.

Podobnie na początku XIX w., gdy Napoleon dzielił i rządził w zachodniej oraz środkowej Europie, pojawiły się pomysły przekazania mu obrazu. W końcu pod Paryżem zbierał, głównie mniej lub bardziej nielegalnie świetne dzieła sztuki ze wszystkich podbijanych terytoriów. Rabowano w Związku Reńskim, pałacach książątek i magnaterii, a i dwór pruski chciał uzyskać “Sąd Ostateczny” twierdząc, że tak malowidło będzie bezpieczniejsze. Tak też niestety się stało. Dominique Vivant Denon, de facto twórca zbiorów paryskiego Luwru, od 1804 r. piastował stanowisko generalnego dyrektora francuskich muzeów. Jeździł po całej Europie i z(a)bierał co popadnie. A że znał się na sztuce i archeologii (był jednym z najsłynniejszych wówczas egiptologów), to i przejął “Sąd Ostateczny” jako zdobycz wojenną. Kiedy więc w 1814 r. Prusacy dotarli do Paryża i zabrali sobie, to co wojska Francuskiego Cesarstwa przejęły z terenu Niemiec, wśród tych dzieł było też analizowane malowidło. Wreszcie w 1817 r. wróciło do Gdańska, mimo że berlińska Akademia Sztuki w zamian chciała przekazać miastu kopię “Madonny Sykstyńskiej”, trzy stypendia w Akademii dla artystów kształcących się nad Bałtykiem oraz na własny koszt wykonać nowy ołtarz dla kościoła NMP. Wiek później w czasie II wojny światowej (na początku 1945 r.) obraz znowu został wywieziony do Turyngii. Tam znaleźli je żołnierze Armii Czerwonej, przekazali do Ermitażu, który z kolei w 1956 r. w ramach uzgodnień między muzeami przekazał malowidło już nie do kościoła mariackiego, ale Muzeum Pomorskiego (poprzednia nazwa Muzeum Narodowego w Gdańsku). W samej zaś bazylice wisi wierna kopia z XIX w., co jednak nadal stanowi kość niezgody między władzami placówki a kościołem.

Tym, co jest fascynujące w tej historii, nie są wyłącznie dzieje obrazu Memlinga, lecz rola, jaką pełnił dla miasta. Był symbolem Gdańska, podziwiano pracę za wybitne walory artystyczne, wreszcie ukazywał splendor i bogactwo mieszczan (mimo że przypadkiem wpadł w chciwe łapki rajców i floty kaperskiej). Zarazem jednak po ciężkich doświadczeniach i nalotach na terenie Polski został jednym z niewielu “polskich” dzieł, które pojawiają się w publikacjach zagranicznych o sztuce. “Sąd Ostateczny” Memlinga jest bowiem prawdziwie “summą” teologii chrześcijańskiej i wizji, która rozpalała umysły średniowiecznej ludności na temat tego, jak wyglądać może koniec świata.