sobota, 12 lutego 2011

“Dobre papu” w malarstwie

Parę dni temu kumpela z pracy, gdy wcinaliśmy włoską żywność w  przeddzień oficjalnego Dnia Pizzy (9 lutego), wpadła na pomysł, że można by zrobić posta na ten temat na niniejszym blogu. Niestety ta pyszna potrawa, której prototypy zjadano już w starożytności, nie zagościła za bardzo w sztuce, by można było zrobić o niej osobny temat. Najbardziej znane zaś jej przedstawienie nie korzysta właściwie z wizerunku okrągłego ciasta z pysznym ciągnącym się serem, ale raczej z zabawnego konceptu. Ponieważ ze względu na prawa autorskie, nie mogę obrazka przedstawić, to jednak wszystkim chętnym Czytelnikom polecam właśnie ów żart obrazowy czyli pracę belgijskiego artysty Wima Delvoye’a z 1996 r. (link). Jak widać malarz uczynił coś z jednej strony nietypowego, łącząc temat martwej natury jaką jest jedzenie z pejzażem, z drugiej jednak wpisał się w postmodernistyczny nurt dowcipów artystycznych. Skupmy się jednak na bardziej typowych obrazach, bo i one mają wiele do powiedzenia na temat smacznego jedzonka.

schooten - martwa natura z serem

Niejaki Jean Anthelme Brillat-Savarin w “Fizjologii smaku” z 1825 r. rzucił dość zabawną tezą, że “obiad, który kończy się bez sera jest jak piękna kobieta bez jednego oka”. Oczywiście takiego mizoginisty jak mnie, może to bawić, ale z perspektywy czasu przyznać należy, że serowi przypisywano większą rolę w żywieniu niż obecnie. O serze pisała m.in. “Biblia”, gdzie w Drugiej Księdze Samuela przeczytać możemy o tym, że mieszkańcy różnych okolicznych krain dostarczyli Dawidowi m.in. sera, aby się posilił. Nie był to jednak żółty ser, jaki znamy dziś. Dopiero bowiem w XIV w. pojawiło się więcej rodzajów, które znamy do dziś, a poszczególne miasta (m.in. we Francji i Niderlandach) rywalizowały ze sobą, które produkuje lepszy produkt. Nie dziwi więc, że to w martwych naturach znaleźć możemy duże żółte fragmenty tego mlecznego produktu. Takim chociażby tematem zajął się Floris Gerritsz. von Schooten, ale nie był jedynym, który się tym zajmował. Właściwym mistrzem ukazywania tego produktu był Pieter Claesz, jeden z najlepszych artystów działających w Haarlemie.

To właśnie to miasto stało się w pewnym stopniu siedzibą malarzy, którzy w porowatej żółtej powierzchni bardzo dobrze się odnaleźli. Van Schooten był jednym z nich. Zafascynowany dorobkiem Pietera Aertsena, który chętnie umieszczał na swoich płótnach wręcz kilkadziesiąt niekiedy produktów żywnościowych, od ryb, przez zwierzęta, na warzywach i owocach kończąc, postanowił nieco inaczej malować niż jego poprzednicy. Zredukował liczbę osób na płótnie i właściwie martwe natury są rzeczywiście “martwe” – z rzadka pojawiają się na nich ludzie czy zwierzęta. Takie rozwiązanie, bliższe już temu, co pewnie wielu Czytelnikom kojarzy się z pojęciem “niderlandzkiej martwej natury”, miało przy okazji swoje całkiem niezłe powodzenie na rynku. Podobnie jak van Schooten malowali bowiem Nicholas Gillis i Floeis van Dijck, uznawani zazwyczaj przez historyków sztuki i krytyków za lepszych technicznie. Dzięki zaś temu pokoleniu ostatecznie w latach 1620-1645 wykształciło się najbardziej typowe, spokojne w swym wyrazie rozwiązanie wizualne martwej natury.

festiwal fasoliMalarstwo niderlandzkie XVII w. obfituje w różne żywnościowe sceny, których znaczenie może wydać się niekiedy dość egzotyczne w stosunku do obecnych form spożywania posiłków. Weźmy jako przykład niniejszy obraz, gdzie postaci wyglądają jak lekko zmelanżowani uczestnicy wesela. Nie jest to jednak wesele czy nawet poprawiny, ale “festiwal fasoli tzw. dwunastej nocy”, a więc impreza organizowana dwunastego dnia po Bożym Narodzeniu (czyli 6 stycznia). Obraz Jana Steena z 1668 r., wiszący w Staatliche Museum w Kassel, przedstawia właśnie ten stary i szeroko rozpowszechniony niegdyś zwyczaj, w którym istotnym elementem było specjalnie przygotowane ciasto. Jak łatwo się domyślić z nazwy święta, do ciasta wrzucano fasolkę i następnie dzielono ciasto na części. Ten, który odnalazł ziarenko uznawany był za “króla nocy” i pełnił niejako honory wodzireja festiwalu. A jak pamiętamy z obrazu Jordaensa, kiedy król pije, to w gardziołko alkohol wlewa całe dodatkowe towarzystwo. Właśnie tak kończyły się sceny festiwalowe – podniesienie pucharu przez “króla nocy” powodowało, że wszyscy wokół także wypijali po szklanicy lub pucharze wina bądź innego trunku. Na przedstawionym obrazie Steena jednak to dziecko miało niebywałe szczęście wylosować fasolkę (czyżby ciachanie ciasta było ukartowane i planowano sprawić chłopcu przyjemność?). Znaczy to jednak ni mniej, ni więcej, że raczej za bardzo wszyscy wokół nie zaleją “robaka” tej nocy, choć jak widać pewna zakonnica zachęca “króla nocy” do wypicia kieliszka.

catel - ludwik bawarski w rzymie

Widzieliśmy już jak przybrany “monarcha” brata się z ludem, warto więc przyjrzeć się, jak podczas jedzenia robi to prawdziwy władca. Wiadomo powszechnie, że wielu z nich za punkt honoru brało sobie opiekę nad artystami i akademiami, które miały ich kształcić. Istotnym zaś elementem wykształcenia było zorganizowanie tym najlepszym wyjazdu do Rzymu. Tam wieli nie tylko bezpośrednio stykać się z podziwianą sztuką starożytną, ale także robić jej malarskie, graficzne i rzeźbiarskie kopie. Gdy zaś władcy mieli czas i ochotę, bezpośrednio lub przez zaufanych urzędników nadzorowali, czy czasem najlepsi artyści nie marnują swojego talentu i nie przepuszczają stypendium na używki, kobiety i inne przyjemności. Wielu bowiem nie bardzo chętnych było wracać w rodzinne strony, kasa się marnowała, a Akademia nie dostawała spodziewanych obrazów czy rzeźb.

Taką “inspekcję” widać na obrazie Franza Ludwiga Catela, bodajże najlepszego artysty, który uwieczniał XIX-wieczny Rzym. W 1824 r. stworzył on obraz, znajdujący się obecnie w Neue Pinakothek w Monachium, gdzie przedstawił odwiedziny niemieckiej kolonii artystów przez księcia Ludwika Bawarskiego. Nie jest to co prawda ten Ludwik, którego znać możemy jako twórcę zamku Neuschwanstein oraz romantycznych grot ze sztucznym księżycem, ale jego nieco wcześniejszy poprzednik – Ludwik I. Pragnął on aspirować do roli patrona sztuk, a sam o sobie mówił, iż jest ucieleśnieniem “Sztuki Monachijskiej”. To z jego inicjatywy stolica Bawarii została przebudowana poprzez dodanie wielu nawiązujących do klasycyzmu obiektów. Obecnie jednak Ludwik I kojarzy się jednak wszystkim z festiwalem Oktoberfest, który rok temu obchodził swoje 200-lecie. To bowiem na jego ślub z Teressą Charlottą Luisą powiązano festyn piwny, dotąd organizowany na przełomie września i października, z imprezą z okazji zaślubin księcia i następcy tronu. I chociaż pierwsze Oktoberfesty przypominały raczej zawody sportowe w typie igrzysk olimpijskich czy średniowiecznych turniejów, jak zwykle to złocisty trunek przykrył wyśmienitą pianą całą artystyczno-kulturalną otoczkę. Wróćmy jednak do obrazu Catela.

Spotkanie w tawernie ukazuje bowiem z jednej strony monarchę aspirującego do roli starożytnego Mecenasa, z drugiej jednak odpowiada pragnieniem młodych artystów, którzy chcieliby dostąpić takiej estymy, jak chociażby Tycjan, któremu cesarz Karol V podniósł upuszczony pędzel. Przy okazji widzimy też życie niemieckiej kolonii, która spotykała się w Don Raffaele na Ripa Grande w Rzymie. A było to towarzystwo nie byle jakie. O ile księcia łatwo rozpoznać, bo unosi kieliszek informując, że stojąca obok niego butelka jest już pusta, to jednak postaci obok niego mogą wielu Czytelnikom wydać się anonimowe. A są to nie byle jacy artyści, zajmujący często dziesiątki stronic w książkach o sztuce XIX w. Obok księcia spoczywają bowiem mający dość drętwe miny (za dużo alkoholu?) Berthel Thorvaldsen i Leo von Klenze, który już kilka lat później miał odpowiadać za wspomnianą przebudowę Monachium. Obok nich siedzi Johann Martin Wagner, znany rzeźbiarz i późniejszy dyrektor Akademii monachijskiej. To on w późniejszych latach ściągnie do stolicy Bawarii rzeźby z Eginy ze słynnym przedstawieniem antycznego żołnierza, wspierającego się na tarczy. Widać więc, że wokół księcia zebrała się grupa osób, istotnych dla jego koncepcji Monachium jako centrum europejskiej sztuki. Klenze stworzy bowiem Gliptotekę czyli muzeum sztuki starożytnej, a Wagner wypełni ją antycznymi dziełami. Spotkanie jednak nie mogło obyć się bez tych, których wówczas w Niemczech najbardziej podziwiano. Vis-a-vis księcia spoczęli bowiem Philipp Veit i Julius Schnorr, a więc odnawiający malarstwo nazareńczycy, zaś z boku ukazał siebie sam Catel.

Jak mawiał George Bernard Shaw “nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia” (nie ma to jak cytować własnych imienników…). Akurat w moim przypadku jest to prawdą, ale jak widać malarze poprzednich wieków też od pokazywania jedzenia nie stronili. Co więcej wiązali je z tym, co uznawali za szczególnie istotne dla życia swojego lub społeczeństwa. Część przedstawiała egzotyczne potrawy jako dowód bogactwa swojej krainy (jak chociażby niektórzy malarze niderlandzcy), inni zaś skupiali się na dorobku lokalnym (na co wskazuje wspomniana “Martwa natura z serem” von Schootena). Ale jak wiadomo ważne jest nie tylko, co się je, ale także jak i z kim. Steen przedstawił nam jak nie jeść i nie pić, bo nie zawsze może to wyjść na zdrowie, z kolei Catel uchwycił posiłek z cenionym, mądrym i bliskim mu monarchom. A że jedzonko najlepiej (moim zdaniem) smakuje w towarzystwie miłej, uśmiechniętej kobiety, to z własnego lichego doświadczenia podpowiedzieć mogę, że jednym z najlepszych afrodyzjaków nie są kapary czy skorupiaki, ale ciągnąca się i trudna w spożywaniu pizza. Ale to chyba raczej rada na nadchodzące Walentynki!