niedziela, 20 lutego 2011

Jak ugasić ogień grecki?

Większość moich znajomych koleżanek twierdzi, że faceci pochodzący z basenu Morza Śródziemnego wręcz buchają testosteronem. Może jest w tym ziarnko prawdy, ale ja chyba jako mężczyzna urodzony w kraju leżącym niestety nie nad Śródziemnym, lecz Morzem Czarnym, nie bardzo pasuję do tego opisu. Cóż, albo jest się kulturalnym, albo podrywa się dziewczyny na teksty o dostrzeżeniu zakamarków ich duszy we wlepianych w Ciebie oczach. Ale w zamian możemy cieszyć się czymś, czego Grecy nie mają w tak wielkiej skali. Na morskich brzegach Burgas i Pomorie, bułgarskich miast położonych nad Morzem Czarnym, wycieka z ziemi mazista substancja, która mogła zapewniać Bizancjum przez długi czas dominację nad wschodnimi terenami Europy. Mowa oczywiście o ropie, o której przypuszcza się, że wchodziła w skład zabójczej mieszanki ognia greckiego. O przedstawieniach tej substancji, będącej jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic Imperium, będzie dzisiejszy post.

Imperium Rzymskie, mimo iż potężne, musiało dbać o bezpieczeństwo na rozległych swoich granicach, a mając po drugiej stronie o wiele mniej cywilizowane ludy nie było to łatwe. Ale czegóż to nie da załatwić się przy pomocy kasy? Darowano chętnie (lub i niechętnie, bo i potrzeby sąsiadów rosły proporcjonalnie do otrzymywanych podarków), przy czym zwykle ograniczano się na kosztownościach. Jednakże był jeden dar, którego Konstantyn VII pod żadnym pozorem kazał nie wyjawiać chciwym Pieczyngom. Chodziło właśnie o wspomniany ogień grecki. Zwykle surowiec ten zwany był z greckiego “thalassion pyr”, co oznacza dosłownie “ogień z morza” lub “morski ogień”. Wyrzucano go z długich rur zamocowanych na dziobach statków, które obsługiwane były przez dwie osoby. Jedna przy pomocy pompy powietrznej tłoczyła substancję, a druga dbała o to, by wytrysk przynosił radość bizantyjskim marynarzom. Przypominało to w pewien sposób “plucie” w stronę wrogiego okrętu, który zapalał się i nie można go było ugasić wodą. Panikowali nawet Arabowie, którzy jak można byłoby przypuszczać, znali ropę naftową, u nich też przecież często wyciekającej na powierzchnię.

kodeks z madrytu

Bizantyjczycy nie czerpali jednak substancji z miast położonych nad Morzem Czarnym, które należą obecnie do Bułgarii, lecz z Kerczu, znajdującego się na Półwyspie Krymskim, wówczas zwanego Pantikapajon. To w tym miejscu, do dziś stanowiącego miejsce wydobycia ropy naftowej na Ukrainie, można było zebrać ropę do niewielkich naczyń, z których potem tworzono ogień grecki. Płonąca na powierzchni wody substancja pozwalała nie tylko spalić okręty wroga, ale je otoczyć tak, że marynarze obawiali się przepłynąć drewnianym statkiem przez ognisty podmuch. Zwykle jednak tej broni okręty nie miały wiele, zaś sam sposób jego wykorzystania wymusza zbliżenie się do statków przeciwnika. Niemniej dawał i tak lepsze możliwości walki niż wcześniej stosowany abordaż czy ostrzeliwanie się z łuków.

Przedstawiona powyżej ilustracja z kodeksu powstałego w XII w. pochodzi z iluminowanej wersji tekstu Jana Skylitzesa, który stworzył “Kronikę”, obejmującą lata 811-1057. Dzieło to zawierało m.in. scenę, jak flota bizantyjska odpierała opór przeciwnika, “plując” dziwną substancją aż na odległość 25 metrów. Znajdujące się w Bibliotece Narodowej w Madrycie dzieło (zwane zwyczajowo “Codex Skylitzes Matritensis”) pokazuje też przy okazji przemiany, jakie miały miejsce w iluminacjach książek na początku minionego tysiąclecia. Przestano bowiem czerpać z ówczesnej tradycji malarskiej, a nawiązano z powrotem do malarstwa aleksandryjskiego. Tym samym iluminowane księgi z tego okresu stworzyły styl, którzy niektórzy nazywają nawet “pseudoantycznym”. Jednym z najbardziej dzieł jest chociażby wenecki rękopis “Kynegetyki” Oppiana z X w., gdzie także przedstawiono scenę walki morskiej z użyciem ognia greckiego.

znaczek

Powyższa ilustracja załapała się nawet na znaczek wydany przez Republikę Cypru. Przedstawia on Nikefora II Fokasa, który użył tego środka, by przeciwstawić się flocie arabskiej. Wydarzenie to, które na kilka stuleci powiązało Cypr z kulturą europejską (kolejną wielką zmianą będzie przejęcie władzy przez dynastię Lusignan) ukazuje nam, jak wielkie znaczenie do dziś wiąże się z tym środkiem. Niestety nie był to jedyny “płomienny” środek, jakim człowiek posługiwał się, by pokonać przeciwnika. Podobnie było bowiem w Wietnamie, gdzie na wielką skalę stosowano napalm, a opinię publiczną próbowano “urabiać”, że nie ma w tym nic zdrożnego. Także ten środek pojawił się w sztuce, tym razem jednak nie jako dowód na dominację jednego państwa nad drugim, lecz przejaw bestialstwa pomimo bolesnych doświadczeń obu wojen światowych i totalitaryzmów.

joachim sandler-napalm 1968

Niestety przedstawiona obok fotka nie grzeszy jakością, ale tak to czasami bywa z dziełami sztuki, które lądują dzięki krytykom i historykom sztuki na marginesie tej dyscypliny. Jak pewnie łatwo się domyślić, cierpienia wietnamskiej ludności częściej ukazywano w krajach socjalistycznych niż należących do NATO, chociaż i tam artyści (zwłaszcza rzeźbiarze) nawiązywali do tego wydarzenia, jakim było palenie setek tysięcy hektarów lasów, by wypłoszyć stamtąd wrogie wojska. W państwach “demoludów” grano natomiast identyczną kartą, co w przypadku wcześniejszej wojny w Korei. A to jakaś biedna matka tuląca dziecko i patrząca nieporadnie na widza, a to z kolei żołnierz, którego uzbrojenie nie zwiastuje zwycięstwa, lecz i tak pełen jest komunistycznego zapału. W Niemczech pojawiło się także wiele takich przedstawień, zwłaszcza w NRD. Jeden z artystów, urodzony w 1934 r. Joachim Sendler, lubował się właśnie w takiej nieociosanej rzeźbie, przypominającej na pierwszy rzut prace Baselitza. O ile jednak prowokacyjne rzeźby G. Baselitza spowodowały, że usłyszał o nim cały świat, a komunistyczne Niemcy pozbyły się go ze swego terytorium, twierdząc, że jest “niedojrzały społecznie”, to w przypadku Joachima Sendlera mamy do czynienia z innym problemem. Informacje o rzeźbiarzu są skąpe, ale już sama treść jego prac wskazuje na to, że z różnych powodów szedł na  “układ” z władzami. Przykładowo w 1971 r. stworzył pomnik bojownika oporu – oczywiste nawiązanie do ikonografii socjalistycznej, która w umysłach kolejnych pokoleń utrwalała, jaki to faszyzm był okropny w przeciwieństwie do komunizmu.

Umieszczone obok drewniane torso z 1968 r. zyskuje znaczenie dopiero w konfrontacji ze swoim tytułem “Napalm”. Widzimy więc człowieka zarówno fizycznie, jak i psychicznie pozbawionego swoich przymiotów. Uniesione ręce w górze (lub to co z nich zostało) ukazują bezbronność mężczyzny i to, że zamiast być zażartym bojownikiem stał się raczej ofiarę wroga, którego się nie spodziewał. Celowo wykluczona z rzeźby głowa wskazuje na to, że artysta wiedział co czyni. Gdyby przedstawił głowę musiałby sięgnąć po chociaż zarysy twarzy, być może przedstawić grymas bólu, jak rok później uczyni to inna enerdowska artystka – Ann Siebert w obrazie “Wietnamskie dziecko”. Pozbycie się zaś głowy tworzy koncept, wątpliwość u widza z czym ma do czynienia. Czy z postacią żyjącą, czy też z postacią, która już swój żywot na skutek napalmu zakończyła. A może z kaleką, zredukowanym tylko do korpusu, bezwładnym ciałem pozbawionym wielu elementów konstytuujących człowieka jako istotę ludzką. Ku tej drugiej koncepcji moim zdaniem należałoby się przychylić. Wskazuje na to chociażby zakomponowanie postaci w formie figury stojącej, nie zaś leżących zwłok. Tak więc Sendler przedstawił człowieka, wyzbytego ludzkich cech na skutek ognia, stworzonego przez innego człowieka. I jednocześnie tym samym zadaje widzowi pytanie – do jakiego stopnia można istotę ludzką zredukować; do jakiego można na niego działać podobnymi czynnikami jak napalm, by jego jestestwo ograniczone było do minimum.

I ogień grecki, i napalm stały się symbolem potęgi, działania na odległość, broni, której nie można się było przeciwstawić. Co prawda Arabowie w końcu ją wykradli, a w późnych wiekach Bizancjum nie było stać na utrzymanie potężnej floty, to jednak do dziś ogień ten rozpala umysły historyków, zastanawiających się czy czasem w skład “ognia greckiego” nie wchodziło wapno gaszone czy inne podobnie substancje. To jednak nie zmienia faktu, że jeden z czterech żywiołów do dziś pozostaje symbolem zniszczenia, a kolejne jego użycia pojawiają się nieraz w sztuce zarówno wieków minionych, jak i obecnie.